Pomidorowy eksperyment


W tym roku postanowiłam spróbować, czy uda mi się wyhodować pomidory na balkonie? Eksperyment uważam za udany - urosły maleńkie 2 sztuki. Jak się okazało - bardzo pyszne.

Już śpieszę z wyjaśnieniem - co też mi do głowy strzeliło?
Mianowicie, bardzo chciałam poczuć smak prawdziwych pomidorów. Wiecie, takich soczystych, pachnących, aromatycznych, różnego kształtu. Nie mam działki, ani innego nawet najmniejszego skrawka ziemi, więc wymyśliłam sobie uprawę w doniczkach na balkonie :) W życiu niczego, co potem można zjeść, nie uprawiałam w ten sposób! Ale jak to mawia moja znajoma - "kto nie próbuje - szampana nie pije!"

Udałam się zatem, w celu nabycia nieco odhodowanego krzaczka, do sklepu "wszystko do Twojego ogrodu" i tam zakupiłam jedną sztukę. Cudo przywiozłam do domu, zasadziłam w dość sporej jak na możliwości balkonowe doniczce, w ziemi pt. "uniwersalna" i podlewałam, i zaglądałam, i podlewałam, i zaglądałam... Krzaczek wybujał. Rósł na potengę. Niestety tylko rósł - nic poza tym, ani jednym kwiatkiem mnie nie racząc. Stwierdziłam - trzeba ograniczyć "gada".

Rzuciłam się zaraz do komputera, gdzie wyczytałam natychmiast, kojarząc coś z uprawy działkowej mojego ojca, że krzaczki pomidora należy "uszczypywać". Zabrałam się do tego dzielnie usuwając nowe gałązki pojawiające się w liczbie dość znacznej.

I nagle pojawiły się! Żółte kwiatki. Radość była ogromna, że to już. Niestety, oczekiwanie i zniecierpliwienie minęło wraz z przekwitnięciem każdego z nich. Nic się nie "zadziało".

Znów zmartwiona poleciałam do wujaszka Google, gdzie wyczytałam, że przy uprawie balkonowej krzaczkiem należy potrząsać. Wydawało mi się to dziwne, żeby nie stwierdzić, że głupie, ale czego człowiek nie zrobi dla pomidora własnej uprawy :) Ku uciesze ciekawskiego oka sąsiadki - kilka razy dziennie wyłaziłam na balkon i potrząsałam krzaczkiem. Aż tu nagle... Któregoś dnia ujrzałam to...


zielonego pomidorka wielkość może 1cm :) 

Duma sięgła zenitu! Cała zawarość domu, w ilości sztuk dwie, natychmiast pojawiła się na balkonie i podziwiała okaz, dumna cała z własnoręcznego potrząsania wielokrotnego. Kolejne dni przyczyniły się do pojawienia drugiego zielonego pomidorka :) W tym stanie rosły sobie oba podlewane, lekko potrząsane, aż do osiągnięcia około 3-4 cm średnicy. Któregoś dnia wiadomo było, że większe już nie będą i czas na zbiór plonów i "ucztę"...

Pamiętacie bajkę z Kaczorem Donaldem, kiedy to dzielił fasolkę na plasterki, chcąc zjeść kolację z całą rodziną? Mniej więcej tak to wyglądało w naszym wydaniu, gdy moja połówka stwierdziła z uśmiechem na twarzy - "dobrze, że są dwa, to jest się jak podzielić".

Z tego co wiem, pierwszy był tak samo dobry jak i ten drugi. Taki prawdziwy, soczysty, pachnący pomidorek w wydaniu mini :) Za rok też spróbujemy! Tym razem mądrzejsi o podlewanie, uszczypywanie i potrząsanie :) Zabawę w ogrodnika gorąco polecamy! Duma warta jest zachodu :)

Komentarze

Anonimowy pisze…
jak się za to zabrałaś? :)
Majeczka/Belka pisze…
Dziękuję za pytanie. Spieszę z dopowiedzeniem, jakie zamieściłam w tekście posta. Pozdrawiam serdecznie. :)

Popularne posty